
Historia Oli – po wymarzone studia tylko do USA?
- Wysłane przez Avy College
- Kategorie Wywiady
- Data 4 marca, 2024
- Komentarze 0 komentarz
Studia w USA są wyzwaniem samym w sobie, ale niewielu kandydatów zdaje sobie sprawę, że sam proces aplikacji na studia w Stanach Zjednoczonych jest bardzo wymagający. Aplikacja nie zawsze kończy się sukcesem, ale jest doświadczeniem, które może nam otworzyć wiele innych, nowych drzwi.
Rozpoczynamy cykl wywiadów ze studentami, którzy opowiedzą o swojej często krętej drodze na wymarzone studia i procesie aplikacyjnym na uczelnie amerykańskie oraz europejskie, podzielą się z nami trudnościami, z którymi musieli się zmierzyć, swoimi marzeniami oraz planami na przyszłość.
Poznajcie historię Oli, która ponad rok temu przeszła proces aplikacyjny na studia w USA oraz w Holandii.
1. W zeszłym roku ciężko pracowałaś, by otrzymać wysokie wyniki z matury. Kolejnym krokiem było wybranie uczelni oraz kierunku. Co ostatecznie skłoniło Cię do podjęcia decyzji o studiach za granicą?
Odkąd byłam mała i tylko zaczęłam rozumieć matematykę, to zawsze marzyłam o tym, by ją studiować na naszym polskim Uniwersytecie Warszawskim. Nie miałam wtedy bladego pojęcia, jak bardzo moja wizja studiów się zmieni. Pod koniec drugiej klasy po raz pierwszy zaczęłam myśleć o studiach za granicą na poważnie. Tak naprawdę rozważałam wtedy wszystkie możliwości, a jeśli coś odrzucałam to raczej z błahych powodów. Wynikało to z mojej niewiedzy, ale gdy zebrałam konkretniejsze informacje, zrobiłam swój research, ostatecznie wybrałam dwie destynacje – Stany Zjednoczone albo Holandia.
2. Czy wcześniej miałaś już pewne zdanie o Stanach Zjednoczonych i studiowaniu w tym kraju?
Mówiąc szczerze, o Stanach myślałam bardzo stereotypowo. Wiedziałam tyle, ile dowiedziałam się z filmów. Na samym początku, znałam jedynie Harvard, Stanford i Yale, o niczym więcej nie słyszałam – nawet o reszcie uczelni z Ivy League. Zdradzę nawet, że na moim interview na Princeton University przyznałam się, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu ich uczelni. Kiedy zaczynałam aplikację do USA, naprawdę nie wiedziałam nic i, mimo ostrzeżeń, które padały z różnych stron, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo wymagająca okaże się rekrutacja na uczelnie amerykańskie. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Moim marzeniem w tamtym momencie było studiowanie na Princeton.
3. Od czego zaczęłaś spełnianie marzeń o studiach na Princeton?
Pierwszym konkretnym krokiem, jaki podjęłam było znalezienie mentora, który pomógł mi w aplikacji na zagraniczne uczelnie. Były wakacje między drugą a trzecią klasą – pamiętam jak dziś – byłam pewna, że mam jeszcze mnóstwo czasu – w końcu w porównaniu do aplikacji na polskie uczelnie, czyli jedyne, które dotychczas znałam i rozważałam, czułam, że jestem o dobre dwa lata do przodu. Oczywiście, nie mogłam być bardziej w błędzie – chwilę póżniej okazało się, że całą najtrudniejszą robotę musiałam zrobić w ciągu następnych 12 miesięcy.
Mimo ciężkiej pracy i wielu esejów aplikacyjnych, które musiałam napisać, byłam bardzo podekscytowana całym tym przedsięwzięciem. Podobała mi się wizja amerykańskich “fancy” uczelni, cheerleaderek, sororities/fraternities, studenckiego życia i nowych przyjaźni. W mojej głowie było przekonanie, że po ukończeniu uczelni w Stanach będę mieć do końca życia z górki – że nie będę musiała martwić się o pracę i zarobki i już na zawsze będę miała status “Ivy League privilege”.
4. Na jakie uczelnie zdecydowałaś się ostatecznie aplikować?
Po tym jak zdecydowałam się aplikować do Stanów, postawiłam sobie jedną złotą zasadę – aplikuję tylko na najlepsze uczelnie. Wszyscy moi znajomi, którzy wiedzieli coś o aplikacji do USA, próbowali mnie przekonać, żebym zrobiła tradycyjną listę uniwersytetów, na które chcę aplikować, tzn. wybrać kilka safeties, targets i dream schools. Na mojej liście były tylko same dream schools, miałam na niej 6 z 8 uczelni Ivy League oraz uczelnie WashU czy Vanderbilt. Uznałam, że jeśli chcę jechać tak daleko, to muszę mieć dobry powód.
5. Jaki element aplikacji na studia w USA był dla Ciebie najbardziej wymagający?
Opowiadając o Stanach, cały czas przewija się trudny proces aplikacyjny, który wymaga bardzo dużo cierpliwości i wytrwałości. Nawet nie zliczę, ile razy się zastanawiałam, czy aby na pewno studia w USA są dla mnie. Rzeczy, które musiałam pozałatwiać, piętrzyły się z dnia na dzień. Zaczynając od przygotowań do egzaminu SAT, intensywnej pracy nad moimi umiejętnościami językowymi (czasami dalej nie wierzę, że w sumie relatywnie niedawno nie umiałam nawet płynnie mówić po angielsku) po zdanie certyfikatu językowego. Na początku, myślałam, że to właśnie będzie największe wyzwanie, ale znowu się pomyliłam. W moim przypadku ta część była zdecydowanie prostsza niż myślałam ze względu na to, że w przygotowaniu pomogły mi moje dodatkowe zajęcia w szkole. Miałam ustalony harmonogram i ktoś inny pilnował mojego progresu – przynajmniej ta rzecz odeszła z mojej listy obowiązków. Ja natomiast musiałam się skupić nie tylko na esejach i aktywnościach do mojej aplikacji, które swoją drogą także wymagały dużego nakładu pracy, ale również na stworzeniu dokumentów, które amerykańskie uczelnie wymagały od mojej szkoły.
Niestety nie chodziłam do liceum z maturą IB, ani do żadnej szkoły z Top 10 Polski, więc u mnie nie było “kultu” studiów zagranicznych. Byłam jedyną osobą, która aplikowała do Stanów w całej mojej szkole. Dokumenty typu school report czy transcripts musiałam sama przygotowywać i przynosić do dyrektora, żeby je zaaprobował. Oprócz tego, moi nauczyciele potrzebowali też pomocy w pisaniu listów rekomendacyjnych oraz w wypełnieniu profilu nauczyciela na Common App – systemie, przez który przesyła się aplikację do amerykańskich uczelni. W szczególności przez to, że musiałam zająć się nie tylko moimi obowiązkami, ale również moich nauczycieli i mojego liceum, aplikacja była bardzo intensywnym okresem, który wymagał ode mnie zrobienia w ciągu jednego roku rzeczy, do których Amerykanie przygotowują się przez całe swoje życie i w których mają wsparcie od counsellora i swojej szkoły. Niestety, moi nauczyciele nie rozumieli, ile w rzeczywistości cały proces rekrutacyjny wymagał ode mnie pracy i czasu, więc nie było też miejsca na żadną taryfę ulgową, o jakiej słyszałam, że dostawali moi znajomi z innych liceów.
6. Czy po długich miesiącach przygotowań do aplikacji zmieniło się Twoje podejście do studiów w Stanach Zjednoczonych?
Należę do osób, które nie lubią się poddawać. Pomimo wszystkich trudów, nie zrezygnowałam z aplikacji do Stanów Zjednoczonych. Co prawda, ostatecznie moja lista uczelni zmniejszyła się tak naprawdę do jedynie trzech uczelni amerykańskich (Princeton, Harvard i Dartmouth), ale były to uczelnie, co do których nie miałam żadnych wątpliwości – wiedziałam, że tylko dla tych trzech uczelni chciałabym przeprowadzić się za ocean.
W międzyczasie, zaczęłam rozglądać się porządniej za uczelniami w Europie. Bardzo podobały mi się uczelnie w UK, Cambridge, Oxford, UCL, ale wiedziałam, że nie mogłam sobie na nie pozwolić finansowo. Po Brexicie, nie było szans na uzyskanie studenckiej pożyczki w Wielkiej Brytanii, więc szybko skreśliłam UK z listy. Wtedy odkryłam uczelnie holenderskie, które są wysoko cenione na światowym rynku, znacznie bliżej Polski i w przystępnej cenie.
7. Czy rekrutacja na studia w Holandii była dla Ciebie równie wymagająca?
Aplikacją do Holandii zajmowałam się na własną rękę. Na tym etapie wychodziłam z założenia, że po aplikacji do Stanów już nic mnie nie pokona – i miałam rację. Wszystkie dokumenty miałam gotowe, certyfikat językowy też już miałam. Parę miesięcy później, dostałam się na UvA w Amsterdamie, czyli tam, gdzie chciałam iść najbardziej. Podobał mi się kierunek studiów, międzykulturowość i samo miasto, więc byłam zdecydowana, by tam iść.
Los jednak pokrzyżował mi plany i ostatecznie nie mogłam podjąć studiów za granicą. Pomimo tego, że dostałam się, gdzie chciałam, to po zakończeniu procesu rekrutacji, zderzyłam się z problemami rzeczywistości. Okres rekrutacyjny był wycieńczający nie tylko dla mnie, ale również dla moich rodziców. Gdy przyszło zderzyć się z kosztami życia za granicą, finalnie zdecydowałam się zrezygnować ze studiów i rozpocząć studia w Polsce.
8. Na co Twoim zdaniem powinni zwrócić uwagę uczniowie liceum, którzy marzą o studiach za granicą?
Wiem, że podejście „wszystko albo nic” nie jest dla wszystkich i nie każdy gotowy jest podjąć takie ryzyko, ale mimo wszystko uważam, że jest jedna uniwersalna zasada – należy aplikować tylko na te uczelnie, na które chce się iść, na te które uważa się, że są warte całego „zachodu.” Ostatecznie, gdy już się dostaniesz, spędzasz tam kolejne cztery lata swojego życia i uważam, że każdy zasługuje, by po wymagającym procesie rekrutacyjnym, cieszyć się swoim życiem studenckim i uczelnią.
9. Czy był moment, że żałowałaś swojej decyzji o rozpoczęciu przygotowań do rekrutacji na studia za granicą?
Pomimo wszelkich wzlotów i upadków, zdecydowanie nie żałuję podjęcia się aplikacji do Stanów i Holandii. Było to bardzo rozwijające i zmieniające perspektywę doświadczenie. Co więcej, polepszyłam swój angielski, odporność na stres i umiejętności dobrego planowania i zarządzania czasem (a nie sądziłam, że to jest możliwe!) Moje aktywności i osiągnięcia, do których zmotywowała mnie aplikacja, zmusiły mnie do wyjścia ze strefy komfortu i spróbowania nowych rzeczy – m.in. to dzięki przygotowaniu esejów dla uczelni, odkryłam, że lubię pisać. Przede wszystkim, po wielokrotnych wyzwaniach, z którymi mierzyłam się w trakcie procesu aplikacyjnego, jestem pewna, że nic już mnie nie wystraszy.
Tag:Aplikacja na studia, Europa, Holandia, USA
Może Ci się spodobać
Duke University – Love Not at First Sight?

