
Wieczne wakacje w Wiecznym Mieście? Poznajcie historię Ani – studentki amerykańskiej uczelni John Cabot w Rzymie.
- Wysłane przez Avy College
- Kategorie Egzaminy, SAT, Studia za granicą, Wywiady
- Data 4 lipca, 2025
Pamiętam jak dziś moment, w którym podejmowałam decyzję o wyborze uniwersytetu – tego, który miał dać mi nie tylko dobrą przyszłość, ale też czas, który będę wspominać z uśmiechem przez lata. Mój wybór padł na Włochy – może trochę z wyobrażeniem studenckiego życia w stylu: affogato po zajęciach, plaża w weekendy i wykłady pod słońcem.
I choć rzeczywistość okazała się nieco bardziej intensywna niż te wizje, to nie oznacza, że nie znalazło się w niej miejsca na zachwyty. Wręcz przeciwnie – to właśnie połączenie wyzwań z pięknem codzienności sprawiło, że czuję się tu na właściwym miejscu.
Proces aplikacji na uczelnie we Włoszech
Sama rekrutacja na uczelnie we Włoszech jest bardzo podobna do procesu aplikacyjnego na inne zagraniczne uniwersytety – często opiera się na eseju na podany temat, wynikach z egzaminów językowych, takich jak IELTS czy Cambridge Assessment English, a także wynikach maturalnych. W zależności od uczelni może być wymagany lub traktowany jako dodatkowy atut egzamin z języka włoskiego. W moim przypadku nawet nie brałam takiej możliwości pod uwagę, ponieważ mój poziom włoskiego w tamtym czasie ograniczał się do „Buongiorno” i „Grazie”.
Mimo że dostałam się na kilka uniwersytetów w tym starożytnym mieście, ostatecznie wybrałam amerykański John Cabot University – i był to wybór trafiony, choć nie obyło się bez przeszkód. Ponieważ mój wynik z egzaminu IELTS nie spełniał minimalnych wymagań uczelni, zostałam zobowiązana do ukończenia intensywnego kursu języka angielskiego prowadzonego na miejscu. Kurs ten trwał cały semestr, a zajęcia odbywały się od poniedziałku do czwartku, po 4,5 godziny dziennie. Do tego dochodziły codzienne eseje, zadania domowe oraz cotygodniowe testy sprawdzające postępy. Z dzisiejszej perspektywy wspominam ten czas jako jeden z najtrudniejszych momentów mojego życia za granicą.
Oprócz wyzwań akademickich pojawiły się też te emocjonalne, dobrze znane każdemu, kto zaczyna życie w nowym kraju: tęsknota za domem, bariery językowe (które czasem wpędzały mnie w kłopotliwe sytuacje), a także samotność wynikająca z braku bliskich osób, z którymi można byłoby się utożsamić.
Mimo wszystko cieszę się, że miałam okazję przejść przez ten kurs – był niezwykle intensywny, ale też wartościowy. Co więcej, spędzając tyle czasu każdego dnia z tą samą grupą, zbudowaliśmy bardzo silną więź. Do dziś jesteśmy sobie bliscy, bo przez te wspólne tygodnie poznaliśmy się znacznie lepiej niż większość studentów na uczelni.
Po zakończeniu semestru kursu języka angielskiego mogłam wreszcie oficjalnie rozpocząć regularne studia na John Cabot University. Nadszedł moment wyboru przedmiotów, które rozliczane są w tzw. kredytach. Na mojej uczelni jeden przedmiot wart jest zazwyczaj 3 “credits”, a studentom zaleca się wybór pięciu przedmiotów na semestr.
Aby ukończyć studia, trzeba zdobyć 120 kredytów, a w przypadku programu double degree – 150 kredytów. Zarówno dla programu standardowego, jak i podwójnego dyplomu, przewidziane są cztery lata nauki – zgodnie z amerykańskim systemem edukacyjnym.
Dla porównania, na włoskich uczelniach publicznych, takich jak Sapienza czy Tor Vergata, standardowy czas trwania studiów wynosi trzy lata, choć może się to różnić w zależności od kierunku i indywidualnego podejścia studenta. Poza przedmiotami związanymi z moim kierunkiem (w moim przypadku – Communication and Media), program studiów obejmuje również obowiązkowe kursy z matematyki, literatury angielskiej oraz języka obcego. Jak się później okazało, studenci zagraniczni są zobowiązani do zrealizowania tylko jednego semestru języka obcego, a nie dwóch, jak pierwotnie zakładano.
Amerykański system nauczania
Myślę, że możliwość studiowania w moim kierunku, a jednocześnie rozwijania wiedzy ogólnej, była głównym powodem, dla którego wybrałam tę uczelnię. Bardzo chciałam zostać w Europie, jednak to właśnie amerykański system nauczania – oparty na holistycznym, interdyscyplinarnym podejściu – szczególnie mnie przyciągał. John Cabot University pozwolił mi połączyć te dwa plany. Pomimo pewnych wymagań programowych, studenci mają dużą swobodę w wyborze przedmiotów – to my decydujemy, na którym roku czy semestrze chcemy zrealizować dany kurs i w jakich godzinach będą odbywać się zajęcia.
Taka elastyczność pozwala nie tylko lepiej dopasować plan dnia do własnych obowiązków, ale też ułatwia zaangażowanie się w działalność klubów i stowarzyszeń studenckich, które dają szansę na zdobycie nowych doświadczeń i poznanie ludzi z całego świata. Dodatkowo, co naturalnie przyciągnęło mnie do tego uniwersytetu, to fakt, że dla studentów z krajów Unii Europejskiej dostępnych jest wiele stypendiów, które mogą realnie umożliwić studiowanie za granicą.

Południowy styl życia
Trzeba jednak pamiętać, że życie w krajach południowych rządzi się swoimi prawami – zasady punktualności często tu po prostu nie obowiązują. To bywa zarówno urocze, jak i frustrujące. Moi włoscy profesorowie podchodzili do godzin bardzo dowolnie – jeśli zajęcia miały zacząć się o 8:30, to często ruszały dopiero o 8:50 albo i później. A jeśli przyszedłeś o 9:00, to i tak zazwyczaj byłeś jednym z pierwszych w sali.
Jedna z moich wykładowczyń miała nawet swoją zasadę: „Skoro zaczęliśmy 5 minut później, to i skończmy 5 minut wcześniej.”
Południowy styl życia to coś, do czego trzeba się po prostu przyzwyczaić. Pamiętam, jak zestresowana czekałam na autobus przez 40 minut, aż w końcu przyjechały trzy… dokładnie te same. Okazało się, że kierowcy poszli razem na kawę i ich śniadanie trochę się przedłużyło. Teraz już wiem – jeśli umawiasz się z Włochem na konkretną godzinę, lepiej załóż, że wyjdzie z domu dokładnie o tej porze.
Moja rada? Podawaj im godzinę spotkania pół godziny wcześniej – wtedy jest szansa, że będą, chociaż w drodze.
Turyści to kolejny aspekt życia w Rzymie, który bywa frustrujący – szczególnie gdy miasto jest zatłoczone, a dojście do ulubionej kawiarni graniczy z cudem. A jednak… jak tu się naprawdę gniewać, gdy nagle słyszysz obok grupę turystów rozmawiających po polsku? No nie da się.
A skoro już o języku polskim mowa – brakowało mi go szczególnie w pierwszych tygodniach pobytu, zwłaszcza że nie miałam szczęścia poznać żadnych Polaków na uczelni. Z czasem jednak swoje miejsce odnalazłam wśród polskiej społeczności mieszkającej tu od lat. Grupa ta jest na tyle niewielka, że wszyscy się znają, a jednocześnie na tyle aktywna, że w mieście pojawiają się nowe polskie sklepy i restauracje. Jednym z najbardziej zaskakujących momentów mojego życia w Rzymie było udzielenie wywiadu dla polskiej gazety po koncercie zespołu Mazowsze w Teatrze Narodowym – i to nie koniec. Wystąpiłam też w telewizji przy okazji darmowych badań medycznych organizowanych przez polskich lekarzy. Tego typu chwile sprawiają, że nawet za granicą można poczuć się trochę jak w domu.
Międzynarodowe środowisko
Mimo że w mojej grupie przyjaciół nie ma żadnych Polaków, na międzynarodowość absolutnie nie mogę narzekać. Są wśród nas Amerykanie z najróżniejszych zakątków – od Hawajów, przez Idaho i Waszyngton, aż po Alaskę. Są Latynosi – z Kuby, Brazylii, Meksyku – a także Europejczycy, kulturowo mi bliżsi, choć również z różnych krajów. Każdy z nas dorastał w innym świecie, ale mimo tych różnic łączy nas jedno – wszyscy studiujemy w tym samym, Wiecznym Mieście i… wszyscy nienawidzimy rzymskiej komunikacji miejskiej. To doświadczenie wielokulturowości jest czymś niesamowitym.
W ostatnich miesiącach mieszkałam z dziewczyną z Grecji, a w kolejnym semestrze będę dzielić mieszkanie z koleżanką z Brazylii. Choć na początku może się wydawać, że różnice kulturowe mogą być wyzwaniem, w praktyce okazuje się, że wspólne mieszkanie bardziej nas zbliża niż dzieli. Wszyscy uczymy się włoskiej kultury, a często – dosłownie – smakujemy jej razem. Włoskie dania, deska lokalnych serów i rozmowy o tym, co dzieje się na naszych uczelniach to nasza codzienność. Po zajęciach często odwiedzamy mniej turystyczne miejsca, jak wzgórze Gianicolo z niesamowitym widokiem na miasto, albo uciekamy nad pobliskie plaże – najbliższe są zaledwie 30 minut pociągiem od centrum.
A jeśli mamy więcej czasu, w dwie godziny można być we Florencji czy Neapolu – Włochy mają swoje minusy, ale dostęp do kultury i pięknych miejsc zdecydowanie do nich nie należy.
Cappuccino tylko do 11:00
Kolejny pozytywny aspekt studiowania we Włoszech, o którym zdecydowanie warto wspomnieć, to jedzenie i jego jakość. Na każdym kroku można znaleźć małą, lokalną tawernę, gdzie za kilka euro da się zjeść porządny, świeżo przygotowany posiłek, często przyrządzany przez samego właściciela lub rodzinnego kucharza. Nawet w szkolnej kafeterii można dostać codziennie świeży makaron, pizzę czy sałatkę – i to już za mniej niż 5 euro.

Stołówka na moim uniwersytecie naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Można tam wybierać spośród różnych rodzajów pizzy, makaronów, sałatek, a nawet klasycznych włoskich gelato. Do tego dochodzi jeszcze coś, co można nazwać „włoską kulturą jedzenia” – czyli pewne niepisane zasady, które są tu bardzo poważnie traktowane. Na przykład: cappuccino pije się tylko do godziny 11:00, a do makaronu z owocami morza absolutnie nie dodaje się sera. Choć na początku traktowałam te reguły z przymrużeniem oka, szybko się przekonałam, że Włosi podchodzą do nich bardzo poważnie – zdarzyło mi się już dostać karcące spojrzenie albo usłyszeć, że „niestety, cappuccino już nie podajemy o tej porze”.
Mimo częstego włoskiego chaosu i tej całej kultury pełnej niepisanych zasad studiowanie tutaj to naprawdę niesamowite doświadczenie, którego nie da się wymazać z pamięci. To właśnie tutaj przeżywam swoje „najlepsze lata” – poznaję ludzi z całego świata, uczę się życia na własnych warunkach i zdobywam doświadczenia, które na pewno zostaną ze mną na zawsze.
Nie chodzi tylko o zajęcia na uczelni, ale o wszystko, co dzieje się obok – o codzienne zderzenia z inną kulturą, o naukę cierpliwości, elastyczności i radzenia sobie w nowych sytuacjach. O małe sukcesy, jak załatwienie sprawy w urzędzie po włosku, i o porażki, z których trzeba było się szybko podnieść. Te doświadczenia nauczyły mnie więcej niż niejedna lekcja w sali wykładowej. Nawet teraz, po zaledwie roku, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem dumna z tej decyzji i bardzo wdzięczna za wszystko, co mnie tutaj spotkało – zarówno łatwe, jak i trudne momenty.
Studiowanie za granicą to coś znacznie więcej niż tylko uczelnia – to szkoła życia, której lekcje zostają z Tobą na zawsze. I choć wiem, że przede mną jeszcze kilka lat studiów, już teraz jestem bardzo ciekawa, co przyniosą kolejne semestry i gdzie jeszcze ta droga mnie zaprowadzi.
Może Ci się spodobać
Duke University – Love Not at First Sight?
Jak (nie) dostać się na Harvard?
