
Sen, życie społeczne czy dobre oceny? Studia w USA – historia Oli.
- Wysłane przez Avy College
- Kategorie Studia w USA, Studia za granicą, Wywiady
- Data 6 sierpnia, 2024
- Komentarze 0 komentarz
Kilka dni temu jeden z najpopularniejszych systemów aplikacyjnych - Common App - otworzył się na nowy cykl rekrutacyjny na studia w USA. Oznacza to, że uczniowie, którzy marzą o studiach w Stanach Zjednoczonych, mogą rozpocząć swoją przygodę z aplikacją. Środek lata to intensywny czas dla młodych kandydatów, bo już na początku listopada jest pierwszy aplikacyjny deadline na wcześniejszą aplikację - early action oraz early decision. Choć ścieżka ta czasem bywa kręta i wymaga wielu godzin doskonalenia esejów i dokumentów aplikacyjnych, często zakończona jest sukcesem i otrzymaniem oferty od wymarzonej szkoły.
Posłuchajcie historii Oli, naszej mentorki, która sama przeszła tę ścieżkę, spełniła swoje marzenia i teraz wspiera uczniów w przygotowaniu perfekcyjnych aplikacji.
1. Kilka lat temu o tej porze przygotowywałaś swoją aplikację na studia w USA. Jak wspominasz tamten okres?
To, co odróżnia aplikację na studia w Stanach Zjednoczonych od tych w Polsce, to holistyczność tego procesu. Podczas gdy u nas bierze się pod uwagę wyłącznie wyniki matur, aby otrzymać miejsce na prestiżowej amerykańskiej uczelni, trzeba zadbać także o oceny z ostatnich czterech lat liceum, aktywności pozaszkolne, osiągnięcia oraz rekomendacje. Dodatkowo każda z uczelni wymaga także personalnego eseju oraz niezliczonej ilości krótszych odpowiedzi na pytania typu “Dlaczego wybrałaś naszą uczelnię?”. Oznacza to, że proces ten jest znacznie bardziej czasochłonny i stresujący. Osobiście, w celu odpowiedniego przygotowania postanowiłam zrobić sobie tak zwany “gap year”, podczas którego pierwsze cztery miesiące spędziłam wyłącznie na dopinaniu mojej aplikacji i dbaniu o jej oryginalność. Było to niezwykle stresujące przeżycie, jednak uczucie, jakie towarzyszyło otrzymaniu pozytywnych decyzji od uczelni, wynagrodziło ten wielomiesięczny stres.
2. Jakie oferty od szkół otrzymałaś i co miało dla Ciebie największą wagę podczas przygotowania aplikacji?
Myślę, że najważniejszymi ofertami, jakie otrzymałam, były trzy z nich: UC Berkeley, University of Toronto oraz program stypendialny Duke Kunshan. Ostatecznie najdłużej zastanawiałam się pomiędzy dwoma ostatnimi ze względu na hojne stypendia, jakie mi zaoferowano. Ostateczna decyzja padła jednak na Duke Kunshan, ponieważ byłam zainspirowana możliwością otrzymania dwóch dyplomów jednocześnie (amerykańskiego i chińskiego) oraz szansą poznania dwóch różnych kultur.
Szczerze mówiąc, do dziś nie jestem pewna, co przeważyło w mojej aplikacji. Wiem, że to, co ją wyróżniało, to fakt, iż ukończyłam dwie szkoły średnie jednocześnie – stacjonarnie w Niemczech i w trybie indywidualnym w Polsce, w każdej jako najlepszy uczeń. Być może oceniającym podobała się też interdyscyplinarność mojej aplikacji, ponieważ mimo że aplikowałam na biologię, wśród moich aktywności i osiągnięć znalazły się takie rzeczy jak publikacja powieści science-fiction czy zwycięstwo w Niemieckiej Olimpiadzie Lingwistyki Matematycznej.
Z perspektywy czasu wiem jednak, że moja aplikacja nie była idealna; brakowało w niej spójności. Jednak jak widać, dla niektórych uczelni nie było to przeszkodą, aby mnie przyjąć.
3. Czy Duke był Twoim pierwszym wyborem? Do ilu szkół złożyłaś dokumenty i czy miałaś swoją „dream school”?
Duke był z pewnością jedną z moich topowych szkół, ale nie wiem, czy mogę powiedzieć, że była to wówczas uczelnia moich marzeń. Pamiętam, że aplikowałam na „early action” do Yale, jednak moja aplikacja została odroczona, a następnie odrzucona. W sumie złożyłam dokumenty do około dwudziestu szkół, z czego przyjęło mnie około siedem. Wierzę jednak, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem i być może fakt, iż dostałam się i wybrałam Duke, było najlepszym, co mogło mnie spotkać. Któż wie, czy byłabym tak szczęśliwa na Yale?
4. Jak wygląda Twoja codzienność na studiach za granicą? Co najbardziej cenisz w tym systemie edukacji?
W systemie amerykańskim wykłady akademickie są tylko małą częścią studiów, a mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że są tylko „dodatkiem” do prawdziwego amerykańskiego „college experience”. To, co pochłania największą ilość mojego czasu, to prowadzenie projektów badawczych, zarządzanie organizacjami studenckimi oraz zaangażowanie w wolontariaty i konferencje naukowe. Myślę właśnie, że to cenię sobie najbardziej w tym systemie, ponieważ mogę rozwijać się nie tylko akademicko, ale również mogę pracować nad umiejętnościami miękkimi, takimi jak budowanie relacji czy skuteczna komunikacja. Uważam, że w dzisiejszym świecie, mając do dyspozycji sztuczną inteligencję, są one znacznie ważniejsze od wiedzy książkowej.
5. Czy otrzymałaś stypendium od szkoły? Jak poradziłaś sobie z kwestią finansowania nauki?
Tak, w moim przypadku studia bez stypendium nie wchodziły w grę. Jest to jeden z powodów, dla których odrzuciłam ofertę od UC Berkeley. Co prawda, moja pomoc finansowa nie pokrywa kosztów życia, jednak w tym pomaga mi praca jako Resident Assistant na uczelni (coś w rodzaju “opiekuna akademika”), dzięki której mam zapewnione nie tylko darmowe mieszkanie, ale otrzymuję również drobne kieszonkowe na własne wydatki. W wakacje dorabiam sobie też przy prowadzeniu badań naukowych.
7. Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem podczas nauki na amerykańskiej uczelni?
Istnieje stary żart wśród studentów topowych amerykańskich uczelni, że na studiach można wybrać tylko dwie z trzech rzeczy: sen, życie społeczne i dobre oceny. Myślę, że osobiście najbardziej borykam się ze znalezieniem balansu między tymi trzema. Nie jest to łatwe, ale z biegiem czasu coraz lepiej radzę sobie z rozpoznawaniem, kiedy mogę sobie pozwolić na dłuższy sen kosztem nauki, a kiedy powinnam zrezygnować z imprezy społecznej na rzecz przygotowania się do testu.
8. Jak oceniasz relacje uczniów oraz wykładowców?
Niesamowite relacje między studentami a profesorami to coś, co wyróżnia amerykańskie uczelnie. Do dziś pamiętam, jak byłam zszokowana, kiedy wykładowca powiedział nam, żebyśmy mówili do niego na „ty”. Było to szczególnie zaskakujące, ponieważ nasłuchałam się historii moich znajomych studiujących w Polsce, gdzie przejęzyczenie się i nazwanie „profesora” tylko „doktorem” może być uznane za faux pas. W przeciwieństwie do polskich wykładowców, amerykańskich profesorów takie formalności nie interesują.
Na przykład na pierwszym roku odwiedzałam mojego profesora chemii niemal codziennie w jego biurze. Spędzał godziny na wyjaśnianiu mi zadań indywidualnie i nigdy nie słyszałam wymówki typu „nie mam czasu”. Z kolei, moja nauczycielka niemieckiego przygotowywała dla nas niemieckie potrawy na zajęcia, abyśmy mogli lepiej poznać tę kulturę. Miałam też świetny kontakt z polską nauczycielką lingwistyki na Duke, która zaprosiła mnie i moją przyjaciółkę na Wigilię, gdy z powodu problemów z wizą nie mogłyśmy wrócić na święta do domu.
Krótko mówiąc, na amerykańskich uczelniach profesorowie traktują nas raczej po przyjacielsku, chociaż naturalnie zawsze zdarzają się wyjątki.
9. Od kilku lat pomagasz innym spełnić marzenia o dostaniu się na wymarzone studia za granicą. Czy możesz podzielić się z nami swoimi doświadczeniami?
Jak najbardziej! Spędziłam tyle godzin nad przygotowaniem mojej własnej aplikacji, że wiedziałam, iż byłaby to wielka szkoda, gdybym nie mogła podzielić się tą wiedzą. Osobiście przygotowywałam się i wypełniałam moją aplikację do USA bez żadnego mentora, przez co popełniłam wiele błędów. Z tego powodu uznałam, że moje zaangażowanie w mentoring może mieć istotne znaczenie, i rozpoczęłam pracę mentoringową dla różnych fundacji i firm konsultingowych. Poznawanie tych młodych, ambitnych ludzi sprawia mi ogromną satysfakcję, a po wielu godzinach spędzonych wspólnie nad aplikacją naprawdę się zżywamy. Nawet po zakończeniu współpracy staram się śledzić sukcesy moich podopiecznych i jestem naprawdę dumna z ich osiągnięć.
10. Jakie są Twoje główne zadania jako mentor? Co najbardziej cenisz sobie w pracy z uczniem?
Moje zadania zależą od umowy między mną a uczniem oraz jego rodzicem. Czasami zajmuję się wyłącznie korektą esejów, innym razem wspieram ucznia na każdym etapie procesu – od założenia profilu na Common Application (platformie do aplikacji na amerykańskie uczelnie) aż po otrzymanie ofert od uczelni. W takich przypadkach omawiamy tematy takie jak kryteria wyboru uczelni, tworzenie listy aktywności pozaszkolnych czy wypełnianie profilu aplikacyjnego. Nierzadko dzielę się też moimi osobistymi doświadczeniami związanymi ze studiowaniem za granicą, aby przygotować ucznia na wszelkie ewentualności. Największą przyjemność sprawia mi praca nad esejami, ponieważ mogę lepiej poznać moich podopiecznych i ich historie. Wielu z nich jest niezwykle kreatywnych, a ich prace często stają się małymi dziełami sztuki.
11. Czy możesz przytoczyć historię ucznia, która wywarła na Tobie największe wrażenie?
Tak, było to na samym początku mojej kariery jako mentorka. Pracowałam wówczas z uczniem, którego rodzina nie mogła pozwolić sobie na pełne finansowanie studiów syna w Stanach Zjednoczonych. To, co wyróżniało jego aplikację, to niezwykłe zaangażowanie w pracę wolontariacką za granicą. Uczelnie najwyraźniej to doceniły, bo chłopak dostał się na uczelnię Ivy League z pełnym stypendium.
Inną historią sukcesu była dziewczyna, która aplikowała na amerykańskie uczelnie w Azji. Mimo początkowego braku wielu aktywności związanych z kierunkiem, na który aplikowała, dzięki jej pracowitości i otwartości na moje sugestie udało się na tyle ulepszyć jej aplikację, że rok temu rozpoczęła studia w tym samym programie co ja, czyli Duke Kunshan University.
12. Jakie rady dałabyś młodym osobom, które w przyszłości planują studia za granicą?
Myślę, że najważniejszą radą, którą sama chciałabym otrzymać cztery lata temu, jest to, aby nie sugerować się wyłącznie rankingami. Rankingi często nie odzwierciedlają rzeczywistości życia na danej uczelni i są bardzo ogólne. Czy naprawdę ma znaczenie, że uczelnia jest w top 10 amerykańskich uczelni ze względu na posiadanie noblisty z fizyki, jeśli chcemy studiować literaturę? Raczej nie. Zamiast tego, powinniśmy skupić się na tym, jak uczelnia pasuje do naszych potrzeb i preferencji. Jeśli wolimy spędzać czas przy książkach, nie wybierajmy instytucji znanej z imprezowego stylu życia. Jeśli źle znosimy upały, nie aplikujmy na uniwersytety w Kalifornii. Istnieje wiele ważniejszych kryteriów wyboru uczelni niż tylko rankingi.
Inną istotną kwestią jest podążanie własną ścieżką, zamiast naśladowania tłumu. Amerykańskie uczelnie poszukują w swoich aplikantach oryginalności. Dlatego startowanie w niezliczonych olimpiadach tylko dlatego, że wszyscy tak robią, nie ma większego sensu. Znajdźmy coś, co nas naprawdę interesuje i poświęćmy się temu. Niezależnie od tego, czy będzie to projektowanie satelitów, obserwowanie ptaków, czy tworzenie postmodernistycznych wierszy, jeśli sprawia to nam przyjemność, to lepiej spędzić czas na tym, niż na przygotowywaniu się do konkursów z dziedzin, które nas nie interesują. Wówczas, nawet w przypadku negatywnych decyzji od uczelni będziemy mieli poczucie, że nie straciliśmy czasu, ponieważ zajmowaliśmy się swoją pasją.
Tag:Aplikacja na studia, USA
Może Ci się spodobać
Jak (nie) dostać się na Harvard?

